motto dnia: „dyżur n.1″

Całe życie udowadniam jaka jestem nieprzeciętnie normalna. Nieprzeciętnie normalna czyli wyjątkowo nienormalna. Nie ma nieprzeciętnej normy. Jest albo przeciętność albo nienormalność. Wybieram to drugie. Czyli skrajną niestandardowość.

Miłość.

Tego sierpnia. Zgubiła się bezpowrotnie nasza ślubna obrączka. Ta na moim palcu straciła sens bez tej drugiej. Stała się zwykłym kawałkiem metalu bez znaczenia. Przykro mi ją nosić.

Miłość. Czasami jest miło. Czasami staje ością mi. Mi –miło-ość.

Czym jest miłość. Dla mnie miłość jest nieustannym wyborem. W każdej minucie wybieram Cię i dla Ciebie chcę się starać. Tracę miłość, gdy tracę uważność na Ciebie i gdy zapominam, że kocham. Bo przecież we wszystkim chodzi o nas. O mnie i o Ciebie. Że jesteśmy dla siebie najważniejsze. Nawet jak jesteśmy pokłócone. Na tym polega miłość.

Ktoś mądry powiedział, że to kwestia postanowienia, by żyć tak, by ta miłość, miała przetrwać do końca życia. Z miłości wszystko przychodzi łatwo. Choć nie ma miłości bez wysiłku. Ustępstw i poświęcenia. Miłość to czucie głębokie. Jest rodzajem gościnności w sercu. Jest piękna.

Ludzie decydują się pozostawać w samotności ze strachu przed osamotnieniem.

Nie warto kierować się w życiu strachem.

Miłość to odwaga.

motto dnia: „hiszpańska stacja radiowa”

Kupuję gazety których nie czytam. I których nie wyrzucam. Piętrzą się jak odłożone sprawy. Do później lub do nigdy. Umiem ranić by bolało naprawdę.  Choć nie chcę tego robić, robię. Wtedy czuję się zbrukana zbrodnią na sobie i na kimś. Trawię się myślami, które mnie wytrawiają – potrafię skutecznie sama siebie zniszczyć, a przy okazji zostawić zgliszcza na około. Potrafię doprowadzić rzeczy tak daleko, ze dalej tylko przepaść. I nie umiem się cofnąć.  Sama nie wyciągnę się z matni, którą na siebie zastawiam. Szarpie się bez sensu, bo myślę, ze to czemuś służy, a tylko się pogrążam, obciążam i podążam coraz bliżej dna. Topię w sytuacjach czasem tylko moj mikrokosmos, czasem cały nasz wspólny wszechświat, od początku beznadziejnych. Często nie lubię tego co robię, ale w imię upartej  konsekwencji robię to nadal.  Mówię innym jak mają żyć. A sama nie wiem, co zrobić z własnym życiem. Potrafię sama siebie storpedować i podciąć. Podstawiam sobie nogę, a potem innych obwiniam, ze nie chwycili mnie w porę gdy widzieli, ze upadam. Jestem zbyt czesto na nie. Jestem bardziej na nie niz na tak. Jestem na nie, choć jestem na tak, a na prawdę nie wiem o co mi chodzi. Chciałabym siebie z powrotem z czasów gdy byłam fajna. Przeraza mnie że  wszystko u mnie zależy odemnie. Wszystko co zrobię sobie, lub innym to zrobię ja, nikt inny. Boję się że zostanę sama. I będę musiała wziąźć odpowiedzialność za własne życie. Bez wymówek. Wkurza mnie, ze reaguję agresywnie. Potrafię zrobic sobie, nam z zycia pole bitewne, prawdziwy poligon. Gdzie rany są prawdziwe, a urazy trudno się goją. Pakuje się w bezsensowne sytuacje i zamieniam swoje zycie, a przy okazji zycie innych w pieklo. Za dużo gadam. Mówię rzeczy których nie chciałam powiedzieć. Mam idealne wyczucie najmniej odpowiedniego momentu. Nie słucham intuicji. Nie wyciągam wniosków. Nie uczę się na błędach. Jestem uparcie samodestrukcyjna. Działam wbrew sobie. A potem się dziwię. Jak mogłam sama sobie to zrobić. Jestem swoim najwiekszym wrogiem, hamulcowym i własnym złym podszeptem. Mam za skórą jakąś zadziorę.  Bliskim robię i mówię rzeczy,  ktorych nie chcę. Broni mnie tylko, ze bez premedytacji. Od razu żałuję. Ale jest już za późno. Pęknięcia powstały. Nie potrafię odpuszczać. Zapomniec. Sobie i innym. Mam wypaczona hierarchie celow. Nie potrafię zyć bez obciążeń. Przestałam się cieszyć. Zarażam niepewnością. Wywieram presję. Dostaję palec, biorę cała rękę. Zniechęcam. Udzielam innym stachu. Sprawiam, ze boją się ze mną, tego czego ja. Czasem konfabuluję prawdę.

To taki rachunek sumienia. W dniu okrągłych urodzin.
Życzę sobie być lepszym człowiekiem. 

motto dnia: „bursztynobranie”

Wejście na ścieżkę lat utraconych.

- – -

Nieświadomość jest najlepszym lekiem na frustrację.

- – -

Katalog słów zachwycających. Faithfully.

- – -

Zi. Zi. Ma.
Pokłady ciepła topnieją.

- – -

Nieład czy ładnie. Oto jest pytanie.

- – -

Z mojej listy życzeń przedśmiertnych za życia nie zrealizuję niczego.

- – -

Szkli mi się

- – -

Z punktu widzenia genetyki jestem bezużyteczna. Ewolucyjnie wsteczna. Bezcelowy byt.

- – -

Czasami tak boli.
Że przestaję próbować.
Nie ma wyjscia.
Mur bez okien z każdej strony.
Żywcem pogrzebana obok trupa tego co zdechło.

- – -

Rozglądam się w sobie. Wsobnie. Samotnie. Zaglądam do wewnątrz. Próbuję zrozumieć.Co mną kieruje. Jakie motywy sprawiają. Że jestem. Jeszcze.

- – -

Doskonale wiem o co chodzi. Że metformina, insulina, przeciwwymiotne, przeciwbólowe. Tylko kolejność inna. To też wiem. ”Przepraszam cię tylko za to, i za nic więcej”

 - – -

 

motto dnia: „w kroplach deszczu boso”

Obraz powoli krystalizuje się na oku. Z kolorowych plam, z prześwietleń słonecznych, z jaskrawości z półcieni i ostrych sześcianów kwantów. Dobrze jak od razu staje się ostry, choć częściej patrzenie jest jak przez wodę. Niewidzące i rozmazane. Cienka warstewka pomiędzy mną a obrazem. Czegoś szklistego. Na oku. Mam taki paproszek. Czarny. Zawsze w tym samym miejscu. Zakłócenia w obrazie. Męt. Wtopiony w moje oko jak inkluzja w bursztynie.

Trawa, słońce i śnieg. Kłosy traw. Są jak wtedy. Z mojego dzieciństwa. Tylko ręce mam jak moi rodzice. Nie dziecięce już. Starsze, choć nie starcze jeszcze.  Już nie stróżuję nad cudzym oddechem. Mojego nikt nie pilnuje. To chyba za karę. Spotyka mnie samotność. Tylko za jaką? Nieprzewinioną.

Ech i och. Opadam z sił. Nie jak liść z drzewa. Tylko odwracalnie. Czasem czuję się lepiej.  Czasem to bardzo rzadko. Gorzej dużo częściej.

Chcę moje życie z powrotem.

Myślałam, że obojętność jest ostatnim etapem. Ale po niej jest jeszcze pewność. Że nic się nie zmieni. Że lepiej nie będzie. Że nic dobrego mnie nie czeka.  Takie trwanie w półrozpadzie.

Bliżej mi umierania niż życia.

Jakby się trafił pretekst do śmierci byłabym …

Nie wierzę w życie wieczne.

motto dnia: „mikroskopijny”

 

Ludzie nie są problem. Są rozwiązaniem. Życie to dochodzenie do tego co jest. A nie ma nic. Na końcu nie ma niczego. Pustka.

Trzeba wszystko starannie zaplanować. By wygospodarować trochę czasu wolnego.  Na drobinę szaleństwa.


Nic nie jest na całe życie.
Całe życie jest nic.
Nie jest życie.
Na całe życie.


Ciało zaczyna produkować objawy.


Królowa lodu. Zamroziła mi ciało. Mróz zabija. Najpierw hamuje krążenie. Potem amputuje. Po kawałeczku. Zabiera to, co pozwala czerpać radość z życia. Sprawia ból. Do zimnego nie można się przytulić. Jak jest ciągle zimno, zimno, zimno, to w końcu wszystko staje się obojętne. Zimno znieczula. Drzazga lodu w sercu.


Nie umiem nazywać uczuć…

Jeśli uważasz, że ludzie są problemem, to jest z Tobą coś nie w porządku.

Spałam gdy się kończył świat
Żadnych dźwięków tylko błysk
Na tarczę Słońca Luna naszła
Wzmógł się wiatr (potężnie wzmógł się wiatr)

Znasz mnie

(…)
Pospadały liście z drzew
A ptakom zastygł w dziobach śpiew
Koty wygarnęły psom, a psy ludziom
Jak przy Wigilii (jak przy Wigilii)

Potem dzieci boże poszły w śpiew
A czarci syn w rozbój, gwałt
Nijacy wprost do pracy, jak co dnia (prosto do pracy)

Drugi i ostatni błysk
I po wszystkim i już nic
Na czarnej panoramie nieba
Końcowe napisy

A Ty
Znasz mnie

Nie śpię, żyję, lewituje tu
Nie mam za co chwycić, nie mam o co oprzeć stóp
Dzielę się przez siebie, tak jak liczby pierwsze
A pomnożona przez tą pustkę, jak przez zero – daję pustkę

/Błysk Nosowska/

motto dnia : „se fue”

Czuję w sercu smutek.

Żuję w sercu smutek.

Silny smutek, co przechodzi w rozpacz.

A habituacja rozpaczy w niemoc.

Niemoc w obojętność.

A obojętność to nicość.

= = =

Co ma zrobić jednostka, która postrzega prawo jako niemoralne?

= = =

Nie podoba mi się życie którym żyję.

Kiepskie życie to strata czasu.

Jestem skazana na takie życie do końca życia

Wyciągam wnioski. Że nie warto było.  Ale jest już za późno.

 

motto dnia: „memento”

Co się musi jeszcze wydarzyć, jaka katastrofa, by coś się zmieniło?
Ciężka choroba już była. Nic nie zmieniła. Śmierć chyba tylko.
Znasz mnie. Smutek noszę pod skórą by przylegał do delikatnych struktur.
Oddałam co miałam. Poświęciłam wszystko. Nie było warto.