AISHA
Dziś znów przeszła obok mnie... - aishablog ;)
::Księga gości::

2011
grudzień
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2010
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2008
listopad
październik
wrzesień
czerwiec
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
wrzesień
lipiec
maj
marzec
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2001
grudzień
listopad
październik
wrzesień

motto dnia: "zygfryd frywolny"


Z przodu macane z tylu zakurzone. Oszaleć można. W sklepie na półkach. Towary. Nie biorę nigdy pierwszego z brzegu. Tylko drugi lub trzeci. Bo pierwszy mógł być macany. A ostatni zwykle jest zakurzony. Podchodzę do tego metodycznie. Sprawdzam czy opakowanie nie jest pęknięte wgniecione czy chociażby porysowane.

Paczkowane ręcznie towary na wagę to moje utrapienie. Zwłaszcza regionalne, twarde włoskie sery podpuszczkowe. Te to dopiero. Są źródłem mojej konsumenckiej traumy. Przed kupnem zawsze kładę je na wadze kontrolnej. Tak dla pewności. By sprawdzić czy masa deklarowana zgadza się z tą nominalną. Nigdy się nie zgadza.  Miało być 200g. A jest 179g albo 218g. Pomiędzy najlżejszym a najcięższym kawałkiem 39 gram różnicy.

Inna sprawa to etykietki. Jest na nich tyle informacji. Ważnych. Drobnym druczkiem. Czytam wszystkie. Składy towarów które kupuję najczęściej znam prawie na pamięć.

Zakupy są dla mnie zawsze krytycznym momentem decyzyjnym. Im większy wybór – tym gorzej. Wyboru nie mieć też nie lubię.

Nad herbatą zastanawiam się tak długo, jakbym chciała się z nią ożenić. Albo miała ją pić do końca życia.

Zwykle jest tak, że żona zostawia mnie np. przy półce z dżemami. Zawieszam się przy pierwszym słoiczku. W tym czasie ona obskakuje wszystkie działy. Jak skończy robić zakupy to po mnie wraca. A ja nadal stoję z tym samym słoiczkiem w ręku. Zastanawiając się czy go kupić czy nie. Wtedy ona mówi, że ja przecież nie jem dżemów. I ma rację. Nie jem dżemów.



aisha 2011-12-10 02:20:05
skomentuj (3)
motto dnia: "frustracja"


Niektóre książki są tak piękne, że aż chce się by opowiedziane w nich historie były prawdziwe.

= = =

Zamiast liści na drzewach ptaki. Gawrony. Przesypiają noc na gałęziach. Wyglądają złowrogo. Na tle nieba. Czarne postaci na czarnych gałęziach. Są ich dziesiątki. Oblepiają wszystko. A potem nad ranem, gdy nadchodzi brzask, straszą mnie swoim krzykiem.  Pojawiają się zawsze jesienią. I zostają na zimę. Czasami trzepoczą. Powietrze wtedy furczy z niepokoju.

Nie zawsze tak było. Sfruwają się odkąd  zagospodarowano teren wokół stadionu. Wykarczowano drzewa. Ptaki nie miały gdzie mieszkać. Każdy chce żyć. A żeby żyć trzeba mieć swoje miejsce. Więc się wprowadziły. Na dobre. Dobre złego początki. Są bardzo inteligentne. I stadne. A ja boję się stad.

Najbardziej żałuję sikorek. Małe ptaszki takie jak sikorki, wróble, a nawet gołębie. Kiedyś przylatywały po ziarna i słoninę. Teraz parapet jest pusty. Wyniosły się. Gdzie indziej.  Krzykliwe gawronie hordy je przepędziły.

Nie lubię ich.

Z wzajemnoscią.


 


aisha 2011-12-07 01:19:41
skomentuj (0)
motto dnia: " mam numer piąty"


Dziś wykwintny obiad był.  Zupa-krem z dyni z kleksem śmietany. Schab po sztygarsku, mięciutki i soczysty. No i cannelloni z mięsem zapiekane pod beszamelem.  A na kolacje waniliowe naleśniki z białym serem. Podwójna porcja. Rzadko jem tak dobrze. Szczerze mówiąc to ostatnio nic porządnego. Same produkty instant rozkurczające się po zalaniu wrzątkiem. Więc to była pyszna, miła odmiana.

= = =

„Banany na twarzy, żadnych warzyw”.

= = =

Bar kawowy Bajka. Tu można się napić koniaczku z kawą. Dużo koniaczku z kapeczką kawy. Wchodzi się z bramy wprost w półmrok. Zapach browaru. Totalny, wszechogarniający. Gęsty. Wsiąknięty. Mieszkający w ścianach.  Nikt nie rozlicza z zakazu palenia. Bez fajka alko nie smakuje tak dobrze. Klimacik sam w sobie. Bufetowa jak się patrzy. Życzliwa jak matka. Ale i wódkę wylać potrafi jak ktoś własną przyniesie. W środku kilku szczawi. Poza tym sami starzy wyjadacze. Tubylcy.  Żadne tam lumpy. Klientela prima sort. Odprasowani, choć moda króluje raczej z końca lat osiemdziesiątych.  Siedzą w knajpie to ich stać. Nie muszą nawet rozmawiać. Bo niby o czym. Codziennie tu się schodzą. Wiedzą o sobie wszystko. Właściwie powinni mieć stały meldunek.  

= = =

Wybiłam się z rytmu i teraz cierpię na bezsenność nocną i senność dzienną.

 


aisha 2011-12-01 03:01:51
skomentuj (1)
motto dnia: "po nazwisku to po pysku"


Ubierając w słowa od nowa wymyślam rzeczywistość. Przeszłość zamieniam w teraźniejszość. Pozwalam jej znowu żyć. Pamięć deformuje fakty. Moja szczególnie. Może to było tak, może inaczej. Nigdy nie wiem. Dlatego robię zdjęcia. By mieć coś uchwytnego. Zdjęcia dają mi pewność, że pewne rzeczy wydarzyły się naprawdę. Zadają kłam kłamstwu zniekształceń.

Dwa bieguny. Absolutny, autystyczny zapis kontra amnestyczna pustka.

= = =

Hubert, Roman, Wojtek, Asia, Dorota, Magda, Kaśka, Robert, Przemek, drugi Przemek, Joanna, Agata. Tomek. Długo trzymaliśmy się razem. Jak byśmy byli nie autonomiczni tylko wspólni. Jednym czuciem. Jednym doświadczeniem. Jedną świadomością. Indywidualną zbiorowością. Zbiorem indywiduów. Z żadną inną grupą osób nigdy potem nie byłam tak zżyta.

= = =

Jedną z moich największych radosnych przyjemności jest chodzić boso. Po nagrzanym, mokrym, chłodnym, po miękkim, ostrym, gładkim lub chropowatym. Nie ważne. Liczy się, że boso. Boso to podstawa mojego dobrego samopoczucia. Dlatego tak nie lubię zimy.

= = =

Nie znasz dnia ani godziny …

 


aisha 2011-11-30 02:35:48
skomentuj (1)
motto dnia:" dobrze, że"

Lubię te swoje stany. Niskiego pobudzenia. Wysokiego opadania. Jak na potencjometrze. Zmiany  częstotliwości. Szoty adrenaliny. Jak strzał po którym po ciele dreszcze.  Przez moment działa ożywczo. Potem mija. Ale i tak jest fajnie. Takie sprzężenie zwrotne. Akcja-reakcja. Potem potencjały wracają do normy. Błyski i wyładowania. Organiczne przyjemności. Mentalne zadziwienia.  

Labirynty. Labilności. Ciągłości.

W oknach kraty. Za to żadnego guzika alarmowego. Można dostać w łeb. Od niepoczytalnego z oddziału zamkniętego. Ci normalniejący nudzą się niemiłosiernie. Omamy wygaszone. Nie ma czym zająć myśli. Można wypożyczyć chińczyka lub karty z dyżurki. Ale nie ma z kim zagrać. Większość ma polekowe zaburzenia koncentracji. Jest fajnie jak jesteś tu i nie wiesz, że jesteś. Jak zaczynasz być w kontakcie i robi ci się lepiej to robi ci się gorzej. Zaczynasz dostrzegać cały ten syf. Dopóki nie kumasz jest spoko. Jak wracasz do normy wśród nieunormowanych to  wcale nie jest zabawne. 



aisha 2011-11-28 02:39:42
skomentuj (2)
motto dnia: "to by było na tyle"

Fonika. Fonetyka. Faktologia.

= = =

Jak wbiegłam dzisiaj spóźniona do kawiarni i z bijącym sercem spojrzałam na baristkę to stwierdziłam, że ładna jest. Co dziwne nigdy wcześniej mi się nie podobała…  a tu nagle bach, trach, bęc! Sama byłam zaskoczona. Bo nawet nie była w moim typie.

Nadal w dzikim pędzie, duszkiem piłam zamówioną kawę. Kofeina w żyłach sprawiła, że serce zaczęło mi walić jeszcze szybciej, a baristka podobać jeszcze bardziej.

A potem przypomniał mi się pewien eksperyment. Z kawą on miał nie wiele wspólnego, ale z bijącym sercem i nagłym zauroczeniem już całkiem sporo. Eksperyment polegał na tym, że do facetów, którzy właśnie pokonali ekstremalnie trudną trasę wspinaczkową (targany wiatrem most linowy zawieszony nad stromym, górskim urwiskiem) podchodziła kobieta. Do jednych podchodziła gdy nie zdążyli jeszcze ochłonąć: serce im waliło jak oszalałe, krew szybko krążyła w żyłach, mieli przyspieszony oddech. Do drugich dopiero gdy trochę odpoczęli, a ich organizm uspokoił się po wysiłku. I jednych i drugich zagadywała po czym, niby spontanicznie dawała im swój numer telefonu.  

Oddzwaniali tylko ci, którym serce waliło jak z nią rozmawiali. Co więcej część z nich twierdziła, że to jest miłość od pierwszego wejrzenia. Że się w niej zakochali.

Dopiłam więc swoją kawę w spokoju. Dokładniej przyjrzałam się baristce.
I stwierdziłam, że wcale nie jest taka ładna na jaką wyglądała.
Moja żona jest ładniejsza.


aisha 2011-11-27 01:57:20
skomentuj (0)
motto dnia: "frakcja futrzastego żarłoka"


Nie mam pamięci do dosłowności. Ze szpalt gazet wyrywam akapity. Jak mi się spodobają. Małe, obszarpane karteluszki. O nierównych brzegach. Czasem część tekstu na którym mi zależało się przedrze. To nic. Oby dało się go rozczytać. Nie forma jest ważna, lecz treść. Potem znajduję je poutykane po kieszeniach. W książkach. Sprasowane lub pomięte. Kruche ze starości. Wyrwane z kontekstu. Ocalałe od zagłady.

= = =

Intensywność. I kolory. Jak wciągnięcie powietrza do płuc. Wszystko pulsuje, tętni, staje się zadymione, zamglone, falujące, rytmiczne. Uspokajam się. się W oddali śmiech. Popiół. Światło. Półmrok. Szepty. Mruczenia. Wirowanie. Zapętlenie. W zawieszeniu. Ponad ziemią. Obrazy przed oczami.

Kto mnie nie zna. Mógłby powiedzieć: nie pal tyle. Nie palę wcale. I nic innego. Też. Nie zażywam.

= = =

Nie jestem wymagająca. W sumie wystarczyłaby mi równowartość 99 centów II Dyptyk.


 


aisha 2011-11-22 00:32:59
skomentuj (2)